DIARIUSZ CZYLI MYŚLI POBŁĄKANE
1.
Postanowiłem zacząć pisać coś w rodzaju pamiętnika, czyli notować różne, coraz bardziej obłąkańcze myśli nachodzące moją głowę. Należy przez to rozumieć, że pamiętnik ten będzie stekiem bzdur i pseudofilozoficznych rozważań zapisywanych dla zabicia czasu. Postaram się jednak, żeby te zapiski miały jakiś sens, chociaż będzie to trudne, bo ogólnie uważam, że wszystko jest pozbawione sensu od początku do końca. Może zatem będzie to forma terapii. Tak, wydaje mi się, że to dobre uzasadnienie.
Przypomniała mi się dzisiaj TRUMNA - bardzo fajne słowo na określenie pięknego przedmiotu. Sztuka, piękno, majestat na zewnątrz, a w środku - wiadomo co. I tak, w gruncie rzeczy, jest ze wszystkim. Im coś ładniejsze na zewnątrz, tym gorzej z zawartością. Na przykład weźmy człowieka i usuńmy z niego skórę - nieładnie to wygląda, nieprawdaż? Żeby jednak w pełni zilustrować zagadnienie, zróbmy, co następuje.
Wyobraźmy sobie piękną kobietę. Anielska twarz, gładka cera, długie włosy, pełne piersi, szlachetna sylwetka. Obiekt westchnień, natchnienie artystów, przedmiot pożądania i uwielbienia. Porusza się z gracją, jej głos brzmi uspokajająco jak szum morza, spojrzenie olśniewa. Możemy nawet przyjąć nieracjonalne założenie, że jest inteligentna mimo, że w tym przypadku to bez znaczenia, ale co tam, niech będzie. Może to nawet lepiej. Tak, teraz będzie stanowić esencję ludzkiego piękna: ciało i umysł w najszlachetniejszej formie, jaką można sobie wyobrazić.
A teraz - co my robimy? Robimy tak: krótką serią z kałasznikowa pozbawiamy naszą asystentkę części twarzoczaszki. W ułamku sekundy całe laboratorium upstrzone zostaje krwią i kawałeczkami mózgu, na zmasakrowaną twarz specjalnie nie da się patrzeć. Następnie, przy użyciu np. noża do oprawiania zwierzyny, który powinniśmy znaleźć w każdym dobrze zaopatrzonym sklepie myśliwskim, obdzieramy asystentkę ze skóry, jednak nie do końca - tak, aby z ciała zwisały sflaczałe pasy. Teraz bierzemy ją i umieszczamy na parkingu przed instytutem na wprost pędzącego tłumu, w którym uprzednio wywołujemy panikę. Po kilkudziesięciu sekundach przystępujemy do poszukiwania ciała. Zmiany, jakie w nim zaszły po kolejnej fazie eksperymentu są doskonale widoczne, szczególnie dają się wyróżnić pogruchotane kości i przeróżne odcienie wnętrzności rozwłóczonych na sporym odcinku placu.
Teraz nadszedł czas na podsumowanie naszego doświadczenia. Porównujemy bezkształtną masę leżącą przed nami ze zdjęciami asystentki, które wykonaliśmy w dniu poprzednim, tj. przed eksperymentem, w tym samym miejscu, przy identycznym oświetleniu. Efekt, jak łatwo się domyślić, jest piorunujący. Po chwili potrzebnej na ochłonięcie, zaczynają nasuwać się refleksje i wnioski.
Czy przedmiot nr 1 (asystentka wczoraj) i przedmiot nr 2 (asystentka dzisiaj) to jedno i to samo?
Jeśli przyjmiemy, że przedmiot nr 1 to osoba żywa, myśląca, w dodatku zawierająca pierwiastek astralny, który trwa pomimo śmierci w sensie fizycznym, stanowiąc doskonalszą formę istnienia, to znaczy, że przedmiot nr 2 jest czymś innym - pustym, zużytym kokonem, niegodnym tego, by traktować go z jakąkolwiek atencją (o co zresztą trudno, chyba, że - uwaga! - ładnie go opakujemy w TRUMNĘ).
Jeśli z kolei przyjmiemy, że przedmiot nr 1 nie posiada pierwiastka astralnego, a cała jego "duchowość" jest w istocie tylko kombinacją prądów przepływających przez komórki mózgowe, reakcji chemicznych, kodu DNA, itp. itd., co usilnie starają się udowodnić naukowcy odkrywający co rusz jakieś feromony i różne takie, to wynika stąd, że przedmiot nr 2 jest, praktycznie rzecz biorąc, wszystkim, czym był przedmiot nr 1. To, że pewne jego funkcje zanikły, czyli: nie przebiera palcami, nie kaszle, nie rozmawia przez telefon, niczego w istocie nie zmienia. Co z tego, że nie żyje - jest tym, czym był i basta!
Wychodząc z pierwszego założenia możemy stwierdzić, że nasz eksperyment przyniósł pozytywne skutki. Wynika bowiem z niego, że, po pierwsze, spełniliśmy dobry uczynek przyśpieszając przejście asystentki w doskonalszą formę życia, w skrócie - ma lepiej niż miała, po drugie, zdobyliśmy sprawność mordercy, której nie ma żaden harcerz, wykazując się przy tym humanitaryzmem, bowiem asystentka nie cierpiała. Wielu cierpi. Trzeci aspekt jest najważniejszy, gdyż teraz możemy już ze spokojem oczekiwać tak zwanej śmierci, co bardziej przedsiębiorczy mogą śmiało podejmować kolejne próby samobójcze wspomagani dopingiem mniej zaradnych, a każdy kolejny zgon w rodzinie i wśród znajomych będziemy przyjmować radośnie, ze śpiewem, przy akompaniamencie strzelających korków szampana.
Drugie założenie, jeśli jest słuszne, naraża nas niestety na pewien dyskomfort. Oznacza to, że musimy gruntownie zmienić nasze przyzwyczajenia i utrwalone przez wieki obyczaje w odniesieniu do pewnych rzeczy, jako pozbawione racjonalnych podstaw. W świetle drugiego założenia zmiany te są jak najbardziej uzasadnione. Posłużymy się przykładem zegara. Otóż, przyjmijmy, że w dniu naszych osiemnastych urodzin otrzymaliśmy w prezencie od wuja mieszkającego za granicą piękny zegar ścienny. Radość nasza była ogromna, bo nigdy przedtem nie mieliśmy zegara ściennego, co więcej, nie wiedzieliśmy nawet, że w ogóle mamy jakiegoś wuja, który, notabene, więcej się nie odezwał. Zegar powiesiliśmy przeto na honorowym miejscu w salonie i stał się on kolejno świadkiem naszych zaślubin, przyjścia na świat potomstwa i mnóstwa jeszcze innych radosnych chwil, miarowo odmierzając płynący czas. Niestety pewnego razu zegar zamilkł, na nic zdały się gorączkowe próby nakręcenia go, a zegarmistrz, kiedy przynieśliśmy drogocenną pamiątkę do jego warsztatu, ze smutkiem pokiwał głową stwierdziwszy tylko, że do rumuńskich nie można już dostać części. Trudna rada, zegar nie działa, ale przecież to rodzinna pamiątka. Powiesiliśmy go więc na dawnym miejscu i wciąż obchodzimy się z nim jak przed laty. Spoglądamy nań ze wzruszeniem, czule ocieramy z kurzu, balsamujemy preparatem przeciw kornikom, czasem nakręcamy z nadzieją, że nagle wskazówki ruszą z miejsca ku uciesze naszej i reszty domowników.
Podany wyżej przykład ma za zadanie uzmysłowić nam, że w wariancie drugim nie istnieje różnica między ulubionym zegarem a człowiekiem. Są to tylko przedmioty, do których się przywiązujemy w mniejszym lub większym stopniu, bo są ładne i ich obecność sprawia nam przyjemność. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że asystentka, na której przykładzie oparliśmy nasze rozważania, została przecież w dużym stopniu uszkodzona mechanicznie i jak tu coś takiego trzymać w domu. Jest to argumentacja pochopna i pozbawiona głębszych podstaw bo jeśli coś kochamy, to uszczerbek poniesiony przez tenże przedmiot nie ma znaczenia. Jeśliby nawet nasz przykładowy zegar spadł ze ściany w wyniku jakiegoś niekorzystnego zbiegu okoliczności i nieco się zdefasonował, to nie wyrzucilibyśmy go na śmietnik, a postaralibyśmy się raczej za pomocą kilku gwoździ lub kawałka drutu przywrócić mu pozory dawnej świetności, a w najgorszym razie umieścilibyśmy go w jakimś nie zawilgoconym kącie na poddaszu z nadzieją, że kiedyś natrafimy na drugi taki, lecz nie uszkodzony egzemplarz i dokonamy transplantacji zniszczonych części. Rzecz to znana choćby z literatury, wystarczy wspomnieć przypadek doktora Frankensteina.
Zatem, jak postępujemy, kiedy zauważymy, że bliska nam osoba - domownik od paru dni nie odpowiada na nasze "dzień dobry", nie odwzajemnia pocałunków, stała się szarozielona, pachnie inaczej niż zwykle i w ogóle przestała cokolwiek robić? Otóż, poza wyborem odpowiedniego miejsca dla ekspozycji bliskiej osoby - domownika, nic szczególnego. Musimy tylko od czasu do czasu wykonać kilka czynności, podobnie jak przy konserwacji zegara, czyli: przecieramy zakurzone miejsca ściereczką, umieszczamy w pobliżu kilka preparatów owadobójczych, pieczołowicie usuwamy pojawiające się z czasem larwy i robaki. Jeśli zaś chodzi o wybór kącika dla zwłok, postępujemy wedle następującego klucza. Żonę umieszczamy w kuchni w ulubionej przez nią pozycji, na przykład wstawiającą zupę na ogień. Kochankę umieszczamy w łóżku, również w ulubionej przez nią pozycji. Przyjaciółkę, z którą, prócz czystej przyjaźni, nic nas oczywiście nie łączy, a która tylko u nas waletuje póki nie znajdzie sobie jakiegoś kąta, umieszczamy nareszcie w łóżku w wymarzonej przez nas pozycji. Dziecko zamykamy w szafie lub wieszamy na ścianie.
Nieodparcie jednak, w toku powyższych rozważań, nasuwa się spostrzeżenie, że na podstawie przeprowadzonego doświadczenia udowodniliśmy coś zgoła innego niż mieliśmy udowodnić. Chodziło bowiem o rzeczy poważniejsze, mianowicie o to, że brzydota króluje nad pięknem, tak jak w matematyce minus króluje nad plusem, że choćby pokryć zarobaczony kawałek mięsa panierką i polać sosem nadając mu apetyczny wygląd, to jedząc go, prędzej czy później, i tak dokopiemy się do robaków. A jeśli nawet będziemy kosztować potrawę ostrożnie, starając się jeść tylko to, co czyste, to, nim się nasycimy, robaki wyjdą same, przebijając się przez panierkę, plugawiąc wszystko łącznie ze sztućcami, stołem i całą jadalnią. Apetyt zniknie na długo, ale głód pozostanie.
To nie jest pamiętnik, to sos na zarobaczonym kawałku mięsa.
2.
Dziwne, co może nieść za sobą jedna, niepozorna myśl. Pomyślałem tylko o TRUMNIE i zamiast zwyczajnie o niej zapomnieć, popadłem w orgiastyczną mieszankę paranoicznych wizji. Nie wiem, czy nawala mi mózg, czy po prostu myślałem o TRUMNIE parę sekund za długo? W ogóle za dużo myślę, a im więcej się myśli, tym mniej się robi. Albo raczej na odwrót.
Widziałem dziś taki obrazek:
Stoi sobie żółte, ospojlerowane cinquecento, za kolorową kierownicą chłoptaś z błyszczącymi od żelu włosami i z kolczykiem w uchu, obok wytapetowana, tleniona blondynka.
Kiedy to zobaczyłem, poczułem autentyczne pragnienie zwymiotowania im do środka przez otwartą szybę. Nie zrobiłem tego wprawdzie, ale zastanawiam się jak długo jeszcze zdolny będę powstrzymywać pawie na widok czegoś takiego? Dlaczego w ogóle wzbudziło to we mnie taką odrazę, którą przewyższa tylko widok oplątanego wokół widelca włosa, utytłanego w bigosie? Dlaczego, kiedy idę ulicą i słyszę zbliżające się "łup-łup-łup-łup", a w chwilę później widzę mknącego na najwyższych obrotach "pierdzika" z naklejką "Pioneer" na tylnej szybie, to żałuję, że nie mam pod ręką panzerfausta? Chociaż pewnie nawet gdybym miał fabrykę panzerfaustów, to nie siedziałbym na leżaku przed domem i nie strzelał do każdego przejeżdżającego idioty... przynajmniej nie tak od razu.
Istnieje proste wytłumaczenie. Jestem frustratem, który pragnie się odegrać na niewinnych ludziach za swoje życiowe porażki, jak ten, który wychodzi z gnatem na ulicę i strzela do przechodniów dlatego, że żona puściła go kantem. Pozbawia ludzi życia, bo nic sobie nie robią z jego nieszczęścia, śmieją się, są beztroscy i zadowoleni, jakby nie widzieli, że świat się zawalił.
Jest faktem, że w chwilach złości pragnę zabijać, niszczyć, siać pożogę, gwałcić, znęcać się, mścić, upokarzać, karać, utopić świat w morzu krwi. I rzeczywiście jest to urokliwa wizja, której przecież uległ sam dobry, miłosierny, najwyższy Pan Bóg, patentując wynalazek Apokalipsy.
"Najpierw damy tym skubańcom się pośmiać, ponaigrywać z nas ile dusza zapragnie - spokojnie synu, mamy czas - a później, kiedy już będą myśleli, że o nich zapomnieliśmy i uszło im na sucho, to pewnego słonecznego poranka tak im przykurwimy, że wióry polecą!... Zaraz, zaraz, chodź no tutaj, co ty tu masz takie czerwone?! Mówiłem ci przecież, żebyś sam tam nie łaził, do ciężkiej cholery, bo ci dopierdolą i tyle! Czekaj, aż się matka dowie. Masz szlaban na dwa tysiące lat! No, teraz to ja im pokażę! Ja im, kurwa, pokażę! Nie będą mi tu gnoje krzyżować chłopaka!"
No niewątpliwie jest to pewien punkt widzenia nie pozbawiony racji i w jakiś sposób należy go uszanować. Tyle tylko, że pozbawiony finezji i oparty na najprymitywniejszych, żałośnie ludzkich instynktach. Całej inwencji Stwórcy wystarczyło zaledwie do zaprojektowania kilku rogato-ogoniastych potworów i paru wymyślnych rodzajów śmierci. Nie różni się on zatem niczym od autora tandetnego horroru, czy kiepskiego mistrza gry fabularnej. Czyżby zwyczajny prostak, który dorwał się do koryta? Ciekawe, co kupił synalkowi, kiedy ten źlobil siobie ziaziu na ksiziku? Żółte cinquecento?
"Jezus, chodź tu w tej chwili! Co za cymbał wysłał im list z pogróżkami?!"
Rzeczywiście, chwilami myślę podobnie. Zdarza się tak, że jeśli jakiś bezmyślny głąb zatarasuje mi drogę swoim cinquecento, to po prostu wrzucam jedynkę i rozjeżdżam chama ze spokojną miną człowieka, który już wie. A gówniarza, który pewnego razu ośmielił się mnie nie zauważyć, zajęty nawijką do jakiejś tlenionej blondynki, i wlazł jak krowa na jezdnię, z premedytacją potrąciłem. Miał gały jak wyjebane bezpieczniki i wykręcał śmieszne piruety, czym sprawił mi niezły ubaw. Przypadki te uświadomiły mi, że nie trzeba od razu zabijać. Najważniejsze jest poczucie humoru.
...
- Nie powinieneś tak bezkrytycznie przyjmować tego, co tam pisze, Mike.
- O co ci chodzi?
- Nawet profesor może się mylić. Jest tylko człowiekiem, a to tylko jedna z tysięcy książek.
- Wybacz, ale nadal nie rozumiem - powiedział młodzieniec z lekkim zakłopotaniem.
Edward westchnął.
- Jesteśmy tylko zwierzętami, drogi chłopcze, a ściślej, świat ludzki jest odpowiednikiem świata zwierzęcego. Charakter i osobowość oznaczają przynależność do danego gatunku, a umysł to instynkt, bardziej lub mniej rozwinięty, jednak działający u każdej jednostki na tych samych zasadach.
- To niedorzeczne! A dusza?
- Nie istnieje. Widziałeś kiedyś zapewne psa, który rozpaczliwie próbuje wdrapać się na drzewo, żeby dosięgnąć siedzącego tam kota? Szarpie pazurami korę, podskakuje, szczeka, a jego pysk ocieka śliną na myśl o zatopieniu kłów w tym czymś ponad nim dopóty, dopóki nie zgłodnieje na tyle, żeby poszukać jakiejś porzuconej kości i wychłeptać wodę z kałuży. Tak samo zachowujemy się my, próbując dosięgnąć raju.
- Ale przecież świat nie powstał ot, tak sobie! Cały porządek rzeczy, forma, nienaruszalne prawa natury miałyby być zbiegiem okoliczności? Nieprawdopodobne i niemożliwe! Mylisz się - Mike uśmiechnął się kręcąc głową.
- A czy wyrzucenie jednego oczka na tysiącu kości też jest twoim zdaniem niemożliwe? - odparł ze spokojem Edward, po czym odłożył bukiet, wstał i podszedłszy do okna oparł ręce na parapecie.
Z ogrodu dochodziły głosy baraszkujących dzieci. Powiał chłodny wiatr, zanosiło się na burzę. Usłyszeli daleki grzmot.
- Zapowiada się kolejna deszczowa noc - Mike wyrwał się z chwilowego zamyślenia.
- Popatrz na te dzieci - ciągnął Edward - puszyste szczenięta. Póki są małe, są takie niewinne i urocze, ale kiedy staną się dorosłymi osobnikami nie będzie ich już można wziąć na kolana i uszczypnąć w policzek. Jeden z nich pewnie będzie łagodną, roślinożerną koalą, ale już następny krwiożerczym tygrysem zajadle broniącym swojego terytorium, inny sokołem lub łasicą. Któregoś dnia zaczną zabijać, instynkt przetrwania zamieni je w bestie, niemożliwe do opanowania. Przetrwać, rozmnażać się, dominować - chodzi tylko o to.
- Kim wobec tego jesteś ty?
Rozległo się pukanie do drzwi, Mike wstał i odwracając się w ich kierunku powiedział: "- Proszę!".
- Jestem wilkiem w owczej skórze - odrzekł cicho Edward, uśmiechając się do pierwszych kropel deszczu. Zamknął okno i odwrócił się, żeby powitać gościa.
...
Jol Vespy - "Zamek"
3.
Czas płynie bardzo wolno, zwłaszcza jeśli się na coś czeka. Ale wystarczy pomyśleć, że każda upływająca sekunda zmniejsza dystans, a każdego nowego dnia jestem bliżej niż wczoraj i już mogę sobie wmawiać, że poczułem ulgę.
Wiele dni zeszło na oczekiwaniu, ale za to zostaje ich coraz mniej. Jak krople wody z zepsutego kranu... kap, kap, kap...
4.
Dzisiaj tylko cytat:
Nie strasz kotka, bo straci instynkt.
- Randy Kaplan "Krótki kaszel"
5.
To była ciężka noc. Stan budził się kilkakrotnie myśląc, że to już ranek, po czym zasypiał znowu, nawet przez sen czując zdenerwowanie. Popadał w coraz to nowe i bardziej szaleńcze marzenia senne. Było to bardzo męczące, tak, że w pewnej chwili jego jedynym pragnieniem było obudzić się nareszcie.
"Niech to się skończy - myślał na wpół świadomy - bo zwariuję."
Wtem coś usłyszał. Jakiś dźwięk przebijał się do jego zasnutej mgłą świadomości, z początku cichy - wzrastał, rozpraszając słabe myśli, wreszcie zaczął dudnić nieznośnie, aż wypełnił całą teraźniejszość.
"Ktoś oszalał" - ta jedyna myśl zdołała przekrzyczeć hałas.
W pewnym momencie zaczął słyszeć słowa. W chwilę później zaczął je rozróżniać: "...ten nowy przebój. A w dalszej części audycji Muzyka na dzień dobry usłyszymy..." i wystarczyło już tylko otworzyć oczy.
Leżał przez chwilę, otrząsając się z resztek snu. Mimo niewyspania cieszył się z poranka, napawał się uczuciem ulgi i myślą o papierosie i filiżance kawy, których smakiem już za chwilę będzie się rozkoszował. Wspaniale! Tak właśnie powinien się czuć człowiek po przebudzeniu. Złośliwie usatysfakcjonowany poczuciem władzy nad czasem, jaki poświęci na prysznic, śniadanie, wysłuchanie wiadomości i pomyślenie o popołudniowej randce.
Przeciągnął się kilkakrotnie, ziewnął i wyskoczył z łóżka, spoglądając na zegarek. Siódma trzydzieści cztery. Zaspał pół godziny. Zaklął siarczyście, zły, że ledwie rozpoczęty dzień już się popaprał. Myślał o tym, że na jutrzejsze budzenie ustawi radio na pełny regulator, tak, żeby detonowało go z łóżka nie pozostawiając czasu na leniuchowanie. Później dotkliwie odczuł, co znaczy względność czasu, kiedy kanapki przez wieczność piekły się w tosterze, a kawa, nic sobie nie robiąc z jego pośpiechu, postanowiła nie stygnąć. Kiedy wreszcie uporał się ze wszystkim i miał wreszcie czas, żeby spojrzeć na zegarek, oniemiał. Siódma dwadzieścia. Zdumiony, przyłożył ucho do nadgarstka. Tyk...tyk...tyk. Wpadł do sypialni, szukając wzrokiem elektronicznego wyświetlacza na radiu. Siódma dwadzieścia. Załkał. Zorientował się, że zaspane oczy spłatały mu figla. Kiedy wstawał, była siódma cztery, a nie siódma trzydzieści cztery.
"Bomba! Świetny, kapitalny dzień. Owacja!"
Mimo wszystko zdenerwowanie minęło, usiadł na łóżku i ziewnął. Postanowił, że teraz powoli wyjdzie z domu, wsiądzie do samochodu, zapali silnik, pozwoli mu się dobrze zagrzać, a następnie pojedzie do biura okrężną drogą.
Tak też zrobił.
Kiedy przejeżdżał koło dworca w oczy rzucił mu się wielki zegar nad wejściem. Dziesiąta dwadzieścia jeden. Zamrugał oczami.
- Kurwa, co jest?! - wykrzyknął, wpatrując się we wskazówki i analizując w myślach budowę tarczy zegara oraz zasady obowiązujące przy odczytywaniu godziny. Po chwili przerwał, bo kątem oka dostrzegł, że coś zasłoniło słońce, rzucając cień na przednią szybę jego auta.
Kilkanaście metrów przed nim majestatycznie, popiskując tarczami hamulcowymi, zatrzymywał się na przystanku autobus linii 15. Stan gwałtownie odbił kierownicą w lewo, ale kiedy dostrzegł w lusterku drugi autobus, równie majestatycznie, lecz niewspółmiernie szybciej jadący lewym pasem, desperacko wcisnął hamulec i zamknął oczy. Wśród pisku i dymu, jak na zwolnionym filmie samochód zatrzymał się w poprzek pasa. Autobus z lewej przemknął z wyciem klaksonu. Pośpieszny.
"Brawo, Stan! - pogratulował sobie z ironią w myślach - świetny manewr. Wystraszyłeś ich na śmierć, stary. Na pewno popuścili w spodnie. Czterdziestu ludzi zesrało się na twoje skinięcie."
Powoli ruszył, nucąc pod nosem:
- Czterdziestu zasrańców w pośpiesznym autobusie...
Po kilku minutach był na miejscu.
Zatrzymał się, wysiadł i coś go tknęło. Skoro był spóźniony, to powinien mieć problemy ze znalezieniem miejsca na parkingu. Powinna być tu już setka samochodów, a stało zaledwie kilka. Stan zdecydował, że poświęci chwilę na refleksje. Przez moment zastanawiał się nad wariantem wolnej soboty, ale odrzucił go.
"Przecież wczoraj był... byyłłł... Co było wczoraj?"
Poczuł się nieswojo. Zanim zdążył skonsumować to uczucie, dostrzegł przed wejściem do budynku firmy faceta, który pracował piętro niżej w serwisie krajalnic. Ruszył w jego kierunku.
- Cześć! - powiedział podbiegając, skupiając się nad tym, żeby nie zabrzmiało to jak krzyk.
Tamten machnął w pozdrowieniu ręką. Brakowało mu dwóch palców, więc unikał uścisku dłoni.
- Którą masz godzinę, bo mnie zwariował zegarek?
- Co? - spytał tamten dziwnym, anemicznym tonem.
- Godzina! Która jest godzina? - "Debilu!" - dokończył w myśli Stan.
- Pytasz się o godzinę?
Stan rozważał przez sekundę celowość przedsięwzięcia. Postanowił podjąć jeszcze jedną próbę.
- Czy mógłbyś mi powiedzieć, z łaski swojej, która jest godzina?
Facet z serwisu miał taką minę, jakby spytano go, gdzie ukrył sondę "Pathfinder". Stan chwycił go za rękę i spojrzał na cyferblat. Punkt piętnasta. Zrobiło mu się słabo, puścił faceta i oparł się o śmietnik.
"Zwariowałem. Chyba jestem chory. Zjadłem coś?"
- Wszystko w porządku? - usłyszał pytanie, wypowiedziane ostrożnym tonem przez dozorcę, który właśnie dotarł w pobliże, ogarniając miotłą trotuar przed budynkiem. Stan podniósł wzrok i zobaczył skupiony wyraz twarzy tamtego. Przyszedł mu na myśl saper z wykrywaczem min.
- W porządku - odpowiedział i już chciał odejść, ale zebrawszy się w sobie zapytał: - Która teraz może być godzina?
- No co pan, żarty se pan robisz? Jeszcześ się pan nie obudził? DZISIAJ chcesz pan wiedzieć, która jest godzina?
- Umieram z ciekawości - Stan starał się panować nad wybuchem histerii.
- Panie, dzisiaj jest trzysta sześćdziesiąty szósty dzień roku! Kto panu dzisiaj powie, która jest godzina!? - dozorca pokręcił głową i wrócił z westchnieniem do swojego zajęcia, wzbijając obłoki kurzu - Bójcie się Boga, ludzie, na jakim wy świecie żyjecie?
Obok przechodziły jakieś młode siksy i chichocząc pokazywały sobie Stana.
"Zaraz, zaraz - Stan wytężył pamięć, jeszcze trochę oszołomiony - faktycznie jest coś takiego! Kurde, ale jaja, rzeczywiście! Ja pierdzielę, to znaczy, że nie zwariowałem, jestem normalny!!!"
Wtem coś usłyszał. Jakiś dźwięk przebijał się do jego zasnutej mgłą świadomości...
6.
Zaczynają przychodzić pierwsze listy od czytelników. Pierwszy z nich, mimo nieprzychylnego tonu, zamieszczam w obawie, że jego przemilczenie mogłoby rzucić cień na moją nieposzlakowaną opinię człowieka uczciwego i zawsze grającego fair. Pisze mgr Tomasz Żrałek:
Szanowny Panie Autorze!
Z przykrością muszę stwierdzić, że to co Pan pisze w swoim pamiętniku, to stek bzdur i pseudofilozoficznych rozważań. Czytałem to co Pan napisał, bardzo uważnie, śledząc losy opisywanych osób i nie znajduję w tym na dłuższą metę nic interesującego. Jest Pan zupełnie pozbawiony talentu literackiego i nie pisze Pan nic ciekawego, a każda książka powinna zawierać głębszy sens i nieść ze sobą jakieś przesłanie, a nie tylko wulgaryzmy. Jeśli Pan nie wie, o co chodzi, wystarczy przeczytać "Przedwiośnie" S. Żeromskiego, które powinno Panu dać wiele do myślenia, jeśli rzeczywiście jest Pan taki inteligentny, jak Pan udaje. Na razie zawieszam lekturę Pańskiej książki w oczekiwaniu na poprawę stylu, po przeczytaniu polecanej przeze mnie powieści.
Z poważaniem
mgr Tomasz Żrałek
Odpowiadam:
Szanowny Panie Magistrze Tomaszu Żrałek!
Serdecznie dziękuję za Pański list, który - zapewniam - dał mi wiele do myślenia. Podziwiam uwagę, z jaką studiował Pan moje zapiski i troskę, jaką mi Pan okazuje. Udzielone rady są bezcenne, wielu początkujących literatów mogłoby z nich śmiało skorzystać.
List ten zaintrygował mnie tym bardziej, że nasunęły mi się pewne skojarzenia w związku z brzmieniem Pańskiego nazwiska. Jeśli jest Pan jakoś spokrewniony, co śmiem podejrzewać, z p. Mieczysławem Żrałkiem (być może to Szanowny Ojciec Pana), który to przed laty zasłynął z pisywania krytycznych listów do książek, to serdecznie proszę o przekazanie Mu ode mnie wyrazów głębokiego szacunku i gratulacji z powodu kultywowania przez Syna chwalebnych tradycji.
Jeszcze raz dziękuję.
Autor
P.S. Zapisałem się w bibliotece na "Przedwiośnie".
A.
Teraz, skoro oddałem sprawiedliwość krytyce, warto, bym zwrócił uwagę, że nie tylko takich listów oczekuję. Mile widzieć będę korespondencję od przedstawicielek płci pięknej, które pewnie przełamawszy nieśmiałość zechcą się podzielić ze mną i z Czytelnikami swoimi wrażeniami. Na życzenie zapewniam dyskrecję. Z myślą o stworzeniu odpowiedniej płaszczyzny porozumienia proszę o załączanie zdjęć twarzy i sylwetki (mogą być odważne), wykluczy to ewentualne qui pro quo.
7.
Nie trać czasu na szukanie kłopotów.
Same cię znajdą.
Nie trać czasu na cokolwiek.
- Randy Kaplan "Krótki kaszel"
8.
Czuję się bezsilny. Robię, co mogę, żeby oczyścić się z przeszłości, ale nic nie pomaga. To, co mi się przytrafiło, zdarza się ciągle i nieprzerwanie na całym świecie wielu ludziom. Upadają, ale podnoszą się i idą dalej. Ja upadłem i zdołałem ledwie podźwignąć się na łokciach, po czym straciłem władzę nad swoim ciałem. Próbuję poruszyć choćby ręką, ale ledwie mi się udaje. Może zbyt wiele sił poświęciłem na to, żeby nie upaść? A może przewróciłem się pośród tłumu i mogę tylko czekać, aż mnie zadeptają? To w końcu zwykła rzecz, być zadeptanym w takim zamęcie. Po prostu tym razem wypadło na mnie. Mógłbym spróbować uczepić się któregoś z biegnących i z jego pomocą wydostać się na zewnątrz. A jeśli to nie on mnie, ale ja jego pociągnę za sobą? Co wtedy? Dla dwóch osób na pewno zabraknie miejsca w tym ścisku. Czułbym się fatalnie, widząc czyjeś cierpienie z mojej winy. Nie potrafię tak postąpić. Ci obok mnie potrafią, dlatego drapią się po plecach innych, wstają i biegną nie oglądając się za siebie i nie słuchając jęków rannych. Wolę tu zostać, niż dołączyć do nich i pędzić jak stado zdziczałego bydła, tocząc pianę, wyjąc i rozpychając się łokciami, ponaglany w nieskończoność tylko jedną, obsesyjną myślą - "nie upaść". Poczekam, aż wszyscy przebiegną, a wtedy spokojnie wstanę i pójdę swoją drogą, byle nie w stronę przepaści, do której spadli tamci, oślepieni tumanami wzbijanego przez siebie kurzu. Nic więcej nie mogę zrobić, tylko czekać.
Jebana popkultura... Bandycka załoga kurzych móżdżków, które powysypywały się ze swoich skorupek. Teraz puchną, oblepione nawzajem swoją wilgocią, gniją i zasmradzają powietrze. Jak można nie czuć tego odoru? Przecież już niemal nie da się oddychać! Mógłby ktoś wreszcie to uprzątnąć, zalać wapnem, albo coś w tym stylu. Tylko nie wiadomo, czy wapno wystarczy, chyba już tego ścierwa za dużo, w dodatku ciągle przybywa. Atom by pewnie to ruszył...
9.
Dla X.
Nie pamiętam od kiedy tu trwam, co tu robię
Nie wiem co schwyciło i trzyma mnie w tym grobie
Jakże umarłym być i bezruch mogę znosić
Gdy wesołe szepty wciąż skądś echo przynosi
I światło, choć blade mrok rozjaśnia, nie gaśnie
Do życia chciałbym wrócić, tak jak teraz właśnie
Lecz wtem głos wyraźny usłyszeć mi się zdarza
"Leż spokojnie, to zwykłe odgłosy cmentarza
Nie żyjesz, umarłeś i sen wieczny cię mami
Popatrz tu, jaki spokój pomiędzy grobami"
I już cisza brzmi, żadnym dźwiękiem nie tknięta
Jak zaprzeczyć mam? Wszak dzień swej śmierci pamiętam
Wspominam też, jak na całun nić w rękach snułem
To nić życia - poznałem, gdy wszystką wyprułem
Wtem sił nie mam i czucia, ani serca bicia
Pokłoniłem się ziemi - oto koniec życia
Znów coś słyszę! To szept, czy tylko liści drżenie
Wiatrem dokądś porwanych? Sen to, czy złudzenie?
Coś się dzieje tuż obok! A głos znów powtarza
"Leż spokojnie, to zwykłe odgłosy cmentarza"
"Zamilcz - krzyczę - trupi łbie, gdy cię nie pytałem!
Lepiej też nadstaw ucha, bo ja coś słyszałem
Cicho, maszkaro, bo ci pogruchoczę kości
Teraz słychać pukanie - czaszko, mamy gości!"
I oto postać blada, cała w biel odziana
Suknia jej perłami z przelanych łez przybrana
"Gdzie ja jestem - pyta - że wokół ciemność taka?"
"Wśród umarłych - mówię, wypluwając robaka
Ciemność tu zwyczajna, snom wiecznym sprzyja ona"
Na te słowa nieznajoma twarz skrywa w dłoniach
"Pamiętam, że w las pełen pajęczyn wchodziłam
Na ścieżkę zboczyłam, która tam prowadziła
I nagle nić lepka do mej twarzy przylgnęła
Tylko ręką machnęłam, skąd tutaj się wzięłam?"
Widząc sukni biel pajęczą prawdy nie kryję
Mówiąc do niej "Posłuchaj, twe serce nie bije
Jak u człeka żywego, krew w żyłach nie płynie
Stan powyższy oznacza, że człowiek nie żyje"
Gdy już się najgorsze potwierdziły obawy
Siedliśmy, długo różne omawiając sprawy
Z tego się najbardziej cieszyliśmy oboje
Że kwatera jej leży niedaleko mojej
Teraz, kiedy już miłego mam towarzysza
Nie jest dłużej tak głucha ta cmentarna cisza
By się zaś nie rozniosły makabryczne wieści
Wywiesiliśmy kartkę takiej oto treści
"Gdy nocne echo śmiechy odległe powtarza
Bądź spokojny, to zwykłe odgłosy cmentarza"
10.
Miło mi niewspółmiernie, że znalazłem miłośniczkę mojej tfu!(rczości). No to może specjalnie dla Magdy mały cytacik z "Krótkiego kaszlu" Kaplana; człowieka, który obcując całe życie li tylko z owcami, stworzył ponadczasowe dzieło, na którym wzorowała się nieznana liczba myślicieli. Niestety wszyscy oni znikali nagle w podejrzanych okolicznościach, zanim stali się sławni. Co do Kaplana, chciałbym jeszcze zaz
(w tym miejscu urywa się rękopis)
Podejmując trud kontynuowania tej w dziwny sposób przerwanej opowieści nakreślić muszę (jako Autor nr 2) sytuację, jaką ekipa dochodzeniowa zastała w pracowni Autora nr 1.
Otóż po anonimowym telefonie, przedstawiciele służb specjalnych udali się pod podany adres, gdzie zastali m.in.: anonimowy telefon, ww. rękopis, zwęglone szczątki jelenich rogów i kilka podobnych przedmiotów niecodziennego użytku. Największą zagadkę stanowił utrwalony niezidentyfikowaną metodą na ścianie cień jakiegoś zwierzęcia, prawdopodobnie owcy. Zainteresowanie detektywów wzbudził też odkryty później przez laborantów napis w języku staropruskim. Znajdował on się na wspomnianych rogach, a brzmiał:
"Wydaje mi się, że jestem głupszy niż mi się wydaje" - R.K.
11.
Sytuacja się skomplikowała, bo okazało się, że faktycznie ktoś to czyta. Do pewnego momentu powyższe paści były przeznaczone tylko do użytku wewnętrznego i nie było z niczym problemów. Zamierzałem nawet rozwinąć tematykę, jednak w pewnym momencie (zdaje się, że koło ósmego) zapragnąłem być sławny i udostępniłem ten dom wariatów zwiedzającym. Istnieje w związku z tym obawa, że kierownictwo ośrodka, mając na względzie obopólne dobro, będzie zmuszone izolować wariatów. Turyści będą sobie zwiedzać hospicjum i podziwiać architekturę, ale nie zobaczą pacjentów. I w zasadzie tak powinno być. Wiem, bo sam zwiedzałem kiedyś taki ośrodek. Problem w tym, że osoby czytające Diariusz liczą, jak mi się zdaje, na dreszczyk emocji, czyli spotkanie ze świrami, co więcej domagają się stanowczo jego kontynuacji oraz podawania do publicznej wiadomości, co niestety (pominąwszy uczucie ponurej satysfakcji) wywołuje u mnie konfuzję.
Kiedy zastanawiałem się, co dalej, przyleciała jakaś pszczoła i zaczęła szurać. Dałem jej szansę, żeby odleciała, ale olała to, wobec czego obezwładniłem ją, łamiąc jedno skrzydło, a drugie urywając. W chwilę później ktoś zrzucił jej na łeb spory plik dokumentów. Miałem nadzieję, że zdechła, jednak okazało się, że nie. Jak łatwo się domyślić, zaczęła mi bluzgać, ale potem, widząc, że nic nie wskóra, zaczęła po dobroci...
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Niby co?
- Dlaczego urwałeś mi skrzydło?
- Tak sobie.
- Pojebany jesteś?
- No nie wiem, chyba trochę.
- No dobra, wygrałeś. A teraz to napraw.
- Pojebana jesteś?
- No nie wiem, chyba trochę. Ale naprawisz?
- Nie mogę.
- Jak to?
- Tego się nie da zrobić, potrzebny byłby cud.
- No to na co czekasz, jesteś przecież jakimś bogiem, nie? W mgnieniu oka zrobiłeś mnie w szmatę, to chyba możesz to jakoś odwrócić?
- No nie bardzo. Prawda jest taka, że nie jestem bogiem i w ogóle nikt nie jest ci w stanie pomóc i w ogóle nie jesteś już pszczołą, ani niczym innym i masz przesrane, rozumiesz?
- No to mnie chociaż dobij!
- Nie chce mi się.
- Skurwysyn jesteś, wiesz?
- Wali mnie to.
- Niech cię szlag trafi, gnoju!
- Spierdalaj, bo ci wyrwę nogi i dopiero zobaczysz gnoja.
- Nie, no w porządku, już spierdalam. Tak sobie myślę jeszcze, że może jednak znajdzie się ktoś, kto to naprawi, jak sądzisz?
- Jak znam życie, to raczej chuja z tego będzie, obawiam się.
- No to lecę... eh...
- No to cześć.
Jak wspominałem, zastanawiam się, co dalej z tym Diariuszem? Planowałem bowiem w jakiejś odległej przyszłości opisać w nim wszystko to, do czego tylko czasami w myślach przyznaję się sam sobie. Mogłoby z tego wyniknąć coś naprawdę pożytecznego. Pięknie byłoby wydobyć z siebie wreszcie jakąkolwiek prawdę, a nie same kłamstwa, bo tak naprawdę, to co tu piszę, przesiąknięte jest straszną obłudą. Zwłaszcza ostatni akapit. O ostatnim zdaniu już nie wspominając.
Istnieją zatem dwa wyjścia:
1.Piszę dalej bzdety i udostępniam, a Czytelnicy mówią "ha ha, jakie fajne!"
2.Piszę dalej bzdety i nie udostępniam. Ha ha, jakie fajne!
Pszczoła miała rację, skurwysyn ze mnie.
12.
Dobiłem pszczołę, gdyż na to uczciwie zasłużyła.
13.
Na miłość boską, wywalcie na zbity pysk tego idiotę, to jest bez sensu! Wariat sam do siebie pisze listy, a wy to publikujecie! Nie macie nic lepszego do roboty? Chyba, że wszyscy tam jesteście idiotami? W takim razie należałoby was zamknąć, albo wysłać do kopalni; odechciałoby się wam głupot. Dno!
Autor
P.S. Rok MA trzysta sześćdziesiąt sześć dni.
A.
Od redakcji:
...Na miłość boską, wywalcie na zbity pysk tego idiotę... - To znaczy na co mamy go w końcu wywalić?
...to jest bez sensu... - No właśnie też nam się tak wydaje.
...Nie macie nic lepszego do roboty?... - Nie ma nic lepszego.
...Wariat sam do siebie pisze listy, a wy to publikujecie... - A spierdalaj!
P.S....Rok MA trzysta sześćdziesiąt sześć dni... - Kup se kalendarz, ciulu jeden.
14.
Myślę, że nigdy nie wyjdzie z tego nic poważnego, dlatego kończę.
KONIEC
15.
Albo nie.
16.
Mam wielką ochotę opisać coś, co swego czasu komuś obiecałem, ale jest to tak paranoiczna historia, że naprawdę obawiam się, jakie to może mieć implikacje. W gruncie rzeczy jednak nie wiem, czy to akurat nie byłoby najzdrowszą rzeczą w Diariuszu? Nie wiem zupełnie, co o tym sądzić.
Walczę z czymś. Nie wiem, czy to wojna z resztą gatunku, czy z samym sobą. Mój zamroczony umysł nie potrafi tego zdefiniować.
Jedna znajoma poradziła mi, żebym poszedł do psychoanalityka. Zauważyła, że od długiego czasu jestem bardzo zmieniony i czuje się nieco nieswojo w moim towarzystwie. Odpowiedziałem wzruszeniem ramion. Zastanawia mnie to, że nie potrafiła dokładnie powiedzieć, co się we mnie zmieniło. Powiedziała, że właściwie ma wrażenie, jakby miała do czynienia z innym człowiekiem, który pojawił się na moim miejscu. Powiedziała, że wygląda to tak, jakby tamten "ja" dosłownie umarł. Przytaknąłem. Wtedy ona zaczęła z tym psychoanalitykiem, ale ja w dalszym ciągu tylko wzruszałem ramionami.
No bo jaki jest sens chodzenia do lekarza, kiedy jest się trupem? Mógłby mi co najwyżej zrobić sekcję, powiedzieć na co umarłem, ale co mi po tym? Nie wskrzesi mnie przecież.
Uświadomiłem zatem znajomej, że potrzebny byłby cud. A cuda się nie zdarzają - pszczoła dowodem.
A najbardziej utwierdza mnie w moim przekonaniu nie to co mówią inni, bo ich opinie mam wiadomo gdzie, lecz moja własna świadomość. Dojmujące uczucie niemal całkowitej pewności, co do tego, kim jestem. Nigdy nie pozbędę się samego siebie. Jestem martwy, a zmartwychwstanie to tylko odległa mrzonka.
Na pewno jakiś spec od świrów sporządziłby na podstawie moich zapisków tak zwany portret psychologiczny. Bardzo, naprawdę bardzo jestem ciekaw, czy dałoby się takiego speca oszukać?
Nigdy nie opiszę, ani nie opowiem nikomu tego, o czym wspomniałem na początku. Wybacz.
"Wizerunek szalonego specjalisty od chorób umysłowych nie jest wcale przesadzony. Psychiatrami i psychologami zostają ludzie, którzy chcą się dowiedzieć, co im dolega, ale wstydzą się iść do lekarza."
17.
Czasu zostaje coraz mniej. Zabawne, że dni mijają tak szybko. Właściwie to została jeszcze krótka chwila, zanim to nastąpi, a później... ulga i satysfakcja, że stało się tak, jak oczekiwałem. Tym razem będę na to przygotowany, przynajmniej tak mi się wydaje. Już się cieszę.
Historia zatacza koła, każde następne ma mniejszą średnicę niż poprzednie, aż do momentu, kiedy tak się zapętlą, że tracisz orientację i przestaje to mieć znaczenie. SPIRALA. Jedynym początkiem są narodziny, a końcem wszystkiego śmierć. To, co jest pomiędzy nimi to zwykła błahostka, aż dziw bierze, że ludzie tak się nad tym rozpisują, łącznie ze mną. Zwykła forma wegetacji. Żywa planeta, będąca tylko bobkiem Prakozy. Pszczoła na stole. Już prawie rozwiana kupka popiołu, która jest wszystkim co pozostaje z człowieka, myśli, uczucia, wspomnienia, życia, świata. Z wszystkiego, co można sobie wyobrazić, zostanie kiedyś tylko popiół. I powiew wiatru. SPIRALA.
Jesteśmy tu tylko po to, żeby móc zadumać się nad cudem nieskończoności. Być może to jest ten prawdziwy dar i sens życia. A wszystko, co dzieje się w międzyczasie, to zupełnie nic ważnego. Tak jak wypalenie papierosa podczas podziwiania okolicy z balkonu na wysokim piętrze. W dodatku papieros czasem smakuje, a czasem nie i tylko od tego przypadku zależy, jakie zachowamy wspomnienie.
Ciekawe, czy tym razem wreszcie przeniosę się w inny wymiar? Jeśli nie, to za którym i czy w ogóle? Trochę mi się już tu znudziło, jeśli mam być szczery. Fakt, że jest tu parę rzeczy do zobaczenia, ale ja chciałbym już czegoś innego.
Czekam sobie, wobec tego i zabijam czas. Już niedługo to potrwa, to pewne. Musi być gdzieś coś innego w takiej dupnej rzeczy, jak nieskończoność, trzeba tylko cierpliwości.
A jeśli potem okaże się, że nic tam nie ma, to co to ma za znaczenie? Wtedy wystarczy wygodnie usiąść i z jeszcze większym podziwem sycić wzrok pięknem nieskończoności.
I takie tam w kółko pierdoły.
"Wszystkiemu da się zaprzeczyć. Najprostszy sposób, to napisać NIE wielkimi literami."
-Randy Kaplan "Krótki kaszel"
18.
robi się nieciekawie coraz więcej myśli poza kontrolą do reszty tracę panowanie wszystko dzieje się wbrew mej woli nie wierzcie w ani jedno słowo to tylko słaba demonstracja wewnętrznej pustki i psychofizycznego rozpadu nic więcej kolejne ja które przez chwilę dominuje a później zlewa się z resztą w bezkształtną cuchnącą i bulgoczącą masę to nie burza nie wojna ale totalny permanentny holokaust śmiech w płacz współczucie w szyderstwo szczerość w fałsz a potem na odwrót ciągle i nieprzerwanie spirala sarkofag wypełniony gnijącą wstrząsaną spazmami ohydą w której zdycha nawet robactwo a z jego wnętrza dobywa się bełkot jak wspaniale być żywym i świadomym to takie poruszające
codziennie przynajmniej raz się rodzę
i przynajmniej raz umieram
w cieniu urzekających swą czernią skrzydeł anioła śmierci
anioł z uśmiechem i zrozumieniem spogląda w dół
najmilsza mi istota jaką spotkałem
niech mnie nie opuszcza
ale niech zawsze pozostaje w oddaleniu
nie opuści mnie
i nie podejdzie bliżej
wygrzewa grzbiet w słońcu
i ochrania mnie przed jego blaskiem
chcę uchwycić rąbek jego skrzydła
żeby nasycić się ponętnym zapachem śmierci
ale wtedy on odskakuje w tył
i oślepia mnie słońce
przeszywa mnie ból
a kiedy moje oczy oswoją się ze światłem
widzę że w ręku ściskam tylko ociekający krwią własny mózg
podejdź proszę
ale pozostań w oddaleniu
bądź blisko
ale nie pozwól dotknąć swojego ciała
tylko patrz na mnie
opowiadaj o tym co widać z góry
otulaj mnie cieniem
i pozwól mi umierać na twoich oczach
możesz potem zrobić z moim ciałem co ci się podoba
tylko poprowadź mnie najpierw do ostatecznej śmierci
bądź przy mojej agonii
patrz jak będę konał
i uśmiechaj się
a na chwilę przed końcem
daj mi pogładzić powietrze przy twojej twarzy
i wyszeptać słowa których nie dosłyszysz
anioł zbliża się zaciekawiony
wsłuchuje się w mój szept
ale mówię zbyt cicho
więc pochyla głowę
jest mój
krzyk
duch z ducha
cięższy niż przedtem
szybuje ku ziemi
dlaczego mnie nie posłuchałeś
przecież prosiłem
żebyś się nie zbliżał
mówiłeś zbyt cicho
precz
19.
"Chcecie, żebym powiedział coś zupełnie serio? Lubię rosół."
- Randy Kaplan "Krótki kaszel"
Idąc śladem Mistrza, też pozwolę sobie powiedzieć coś z całkowitym przekonaniem:
KONIEC
(części pierwszej)