Luna
Spojrzałem w luster odbicia krwawe.
W twarz wilczą, poznaczoną czasem i wyrazem,
W twarz mą, będącą szału obrazem.
W ciemności. Zwłok ludzkich ruchy niemrawe.
Obnażone kły, w szyderstw uśmiechu.
Jak serce trwożnie bije marzenia,
Po koniec kresu, nie zaznam cierpienia.
Od krwi lepkiego, wilczego oddechu.
Spadając w głąb purpurowe kałuże,
Kwiatów.
Agonią naznaczone... czerwone róże...
Co Bóg rzekł,
Bóg też cofnąć może:
"Człowieku... Człowieku...
Istoto,
Potworze !!!"
Chomik
Niczym ślepiec naprzód podążał.
Choć oczu blask, zgasiła mgła,
Do swego domku z drewna, w drewnie pogrążał.
I nuta w czyimś sercu rzewnie jęknęła.
Trzęsąc się jak starzec, szedł wytrwale,
Przez trudów swego życia.
Do ciemnej jaskini domku swego wszedł niedbale,
I w świetle dnia zamknął oczy krwawe.
Zasnął...
Choć smutek w sercu jak zwykle zbiera,
Taki koniec i rzec jedynie mogę,
Człowieka czy zwierzę, śmierci nie wybiera.
Zaszło czyjeś smutne słońce...
Czy otrzesz łzy?
Jak?
Niedbale...
Gdybania
- Spójrz to on!
- Tak to on...
- Cóż on tam robi?
- Chyba nic...
- Zamknął się w sobie... Na Świat.
- I milczy...
- Tak. Nic nie mówi.
Karmazynowy Król
Dwie mile od miasta.
Wśród wieczornej pożogi,
Stał mały kościółek.
Przy dębie znaczącym rozstajne drogi.
Wśród traw wielkich,
Wieczorna wbiła się struktura
I zapach ziół miękkich,
Otoczył postać w purpurach króla.
I rzekł król: "Otwórzcie wrota,
Podążcie krętymi schodami,
Tam gdzie jaskinie i grota,
Ukryte w ciemnościach przed wiekami."
I zeszli niosąc łuczywo palące,
W dół mroków po kamieni oddechach.
Na twarzy słońca dnia gasnące,
Ku dołowi, cielesnych uciechach.
Rozpalcie ognie, niechaj sięgną nieba!
Nalejcie krwi do srebrnego kielicha,
Spożyjcie kawałek czarnego chleba,
I wymówcie imiona piekielne z cicha.
I oto się stało.
I rzekł król: "Kochajcie!
Choćby Dobro wiele twarzy miało,
Wy: Zwyciężajcie! Zwyciężajcie! Zwyciężajcie!"
I była wojna w niebie
Chcesz wojny?!
Dobrze!
Niechaj ona nas pochłonie!
Chcesz krwi rozlewu?
W otchłani sprzeczności,
Złóż głowę na bladym łonie.
I nienawidź!!!
Z całego serca swego.
Nienawidź mnie!!!
Syna wyrodnego.
Ziemi skalanej, krwią ofiary.
Na ołtarzu Kaina,
Owoce, płody ziemi, dary.
Bóg wyparł się świata,
Więc i ty się wyprzyj jego...
Za Baala, za wszystkich,
Umocz dłonie w posoce Boskiego!
Rozmowa z Miłością
- Co tu robisz? Nie ma przecie ciebie?
- Przyszłam tu zaraz po swoim pogrzebie?
- Po co przybyłaś?
- Jakże? Po Ciebie?
- Nie dostaniesz mnie maro, mój czas spędzę w niebie!
- Ty??? Żartować raczysz?
- Uważasz, że myślę, że mi przebaczysz?
- Nie! Przyszłam z pytaniem,
Z jakiego prawa, z tym twoim wahaniem,
Wbiłeś mi sztylet w serce krwawe,
Traktując mord mój jak czystą zabawę?
|
 |
|