Tiamat - Judas Christ by Bart
MZ.412 - Domine Rex Inferum by Bart & Rogul
Sophia - Herbstwerk by Bart
Puissance - "Total cleansing by Bart

Tiamat - Judas Christ

Z ulgą stwierdzam, że Tiamat to solidna firma. Co prawda niektórzy wielbiciele starych płyt zespołu są rozczarowani kierunkiem, w jakim rozwija się jego twórczość - ja również z obawą sięgnąłem po Judas Christ, bojąc się, że Tiamat mógł był zabrnąć w ślepy zaułek po niezbyt odkrywczym, acz przyjemnym Skeleton Skeletron - jednak nową płytę należy pochwalić. Przede wszystkim za niespotykaną dotąd u Tiamatu różnorodność, a mając na uwadze Skeleton Skeletron - wręcz oszałamiającą. Pokuszę się w tym miejscu o wymienienie kilku skojarzeń, które nasunęły mi się w trakcie słuchania: pobrzmiewa tu punk, Sisters of Mercy, raz zajechało zdziwaczałą Metallicą, a raz nawet... Red Hot Chili Peppers. Śpieszę od razu wyjaśniać, że nie chodzi tu o całe utwory w którejś z powyższych manier, a jedynie o całkowicie luźne i "na gorąco" (mam płytę dopiero drugi dzień) skojarzenia, świadczące o tym, że Tiamat nie spoczął na laurach i nagrał płytę zaskakującą przynajmniej tak jak swego czasu A Deeper Kind of Slumber, a przy tym niezwykle urozmaiconą. Między innymi są tu dość "konserwatywne" utwory, jak: The Return of the Son of Nothing i So Much for Suicide. Są przebojowe i żwawe: Vote for Love i I Am in Love with Myself. Jest przyjemne echo z A Deeper Kind... w postaci Sumer by Night. A na zakończenie dwie (chociaż z powodzeniem wystarczyła-by jedna), wprawiające w osłupienie, najnormalniejsze w świecie ballady(!!!): Heaven of High i Too Far Gone. Jest w sumie dwanaście świetnych utworów świetnego zespołu na świetnej płycie. Plus video do Vote for Love. Kto nie lubi ten tyft.

Bart

P.S.
Jedno ale: Wbrew obiecującemu tytułowi płyty, nie doszukałem się tam jakichś specjalnych bluzgów na Judasza.

P.P.S.
Do Hammersona: Chyba jednak nie wolę Moonspella.

B.

MZ.412 - Domine Rex Inferum

Do nabycia płyty skłoniły mnie: szyld Cold Meat Industry, fana okładka z fanym logo autora oraz informacja: "limited edition of 2000 copies", natomiast jej zawartość przekroczyła, że tak powiem, moje najskromniejsze oczekiwania. Wiem i doceniam to, że CMI specjalizuje się w zaspokajaniu najbardziej perwersyjnych gustów, jednak wydawanie czegoś takiego na płycie (z sugestią, że ma to coś wspólnego z muzyką) oraz żądanie za to pięćdziesięciu złotych jest nadużyciem. Co tam mamy? Otóż, jak mniemam, jest to coś w rodzaju dźwiękowej (określenie "muzycznej" nie jest na miejscu) czarnej mszy. A konkretnie? Nic. Trochę pisków, klekotań, brzęczenia - czegoś, co absolutnie każdy może sobie zrobić przy użyciu peceta. Żeby chociaż można było powiedzieć, że jest to "orgia bluźnierczych wizji... kondensacja piekielnego ognia... obłąkańcza wizja nowej apokalipsy...", niestety nie ma tam nic oprócz pierdów przeplecionych odgłosem gówna na zakręcie, z kulminacją w formie intensywnego pukania palcem w drewienko i muchą brzęczącą growlingiem.

Płytę można zutylizować zatem na dwa sposoby: wykorzystać podczas jakiejś mrocznej sesji RPG do serwowania papryczek wampiri-piri lub zwyczajnie, po dresiarsku, powiesić na lusterku w samochodzie.

Bart


Kontrrecenzja

Krótko!
Parafrazując: " The Most Gothic Inn " - taka deklaracja zobowiązuje. Kusicie szatą graficzną, ciekawymi, autorskimi zdjęciami, recenzje płyt. I tu " słoma ", bzdura, wpadka i zniewaga. Jak można zachwalać komercyjną szmirę w postaci nowej płyty Tiamat, a w kontrastowym zestawieniu oceniać nowe dokonanie Maschinenzimmer 412. z Cold Meat Industry. Mam wrażenie, że recenzje pisał młokos w koszulce Iron Maiden z pentagramikiem na łańcuszku, dorzuconym w prezencie do Metal Hammera. Recenzja jest banalna, tania i warta swego pana. Już sam jej początek świadczy o sobie - "... fajne logo... " itp.. Nie znasz, nie rozumiesz - nie oceniaj. Ocena jest jak opuszczenie gardy - świadczy o Tobie. " Twory " pokroju MZ. 412 , to już nie sama muzyka, to sztuka, ideologia, fascynacje, przesłanie i komunikacja z bratnimi duszami po durgiej stronie. To fascynacja istotą Boga, mroczną stroną człowieczej duszy, pogaństwem, chrześcijaństwem, technologią i industrializacją człowieka. Krótko - to ludzie niebanalni, myślący, duchowo zaangażowani w to co tworzą. Ich twórczość to obrazy ich duszy, zabierają cię w swój świat, który w zaufaniu chcą ci pokazać. I to jest to co odróżnia sztukę od komercyjnej szamiry. I tylko tego pokroju sztuka zasługuje na miano " mrocznej " - to jest sztuka z " duchem i sercem " w sobie. Natomiast zachwyt nad banałami z supermarketu typu: Tiamat, Lacrimosa itp. to znajdę w Metal Hammer, Bravo, Viva itp.. " The Most Gothic Inn " - zobowiązaliście się. " Mrok " to nie czarna koszulka, pentagramik, zdjęcie z mieczem i straszenie sąsiadki z kamienicy. To fascynacje, przemyślenia, ideologie, wiara i dusza, czego Tobie recenzencie brakuje. Pozdrawiam " mroczne wydmuszki " i życzę owocnych poszukiwań własnej dróżki.

"Rogul" - P.S. od nazwiska, a nie by straszyć sąsiadkę i koleżanki.

Sophia - "Herbstwerk" + miniCD "Aus der Welt"

Niech tym razem za recenzję posłużą słowa z utworu "My salvation", zawartego na płycie:
I see the copper sun fall down,
I embrace the dark, I embrace the cold.
Winter landscape unfolds.
I plead to god, "Leave me here",
Let me walk alone under the stars,
Under the silvery moon.
Here, I can embrace the ones I love.
Here, I can give to you what you love...
What you need.
What I need.
To najwięcej i najkrócej, co można powiedzieć o tej niezwykłej muzyce.
Jeżeli te słowa do ciebie przemawiają, jeżeli szukasz drogowskazu do pewnego wyjątkowego miejsca w czasie i przetrzeni, powinineś posłuchać "Herbstwerk".

Bart

Puissance - "Total cleansing"

Rozczarowanie, niestety. Zetknąwszy się swego czasu z paroma utworami tej grupy, z płyty "Back in control", spodziewałem się czegoś bardziej - że się tak wyrażę - siarczystego. Na "Total cleansing" natomiast Puissance uraczyła mnie pretensjonalną mieszanką klimatów mediewalnych i średnio zajmującego industrialu. O ile z początku całość trzyma jako taki poziom, to po napotkaniu w połowie płyty bezsensownego "Regression", a potem "Hail the mushroom cloud", którego refren brzmi jak, tfu, nawet nie powiem co, klimat siada zupełnie. Można sobie tylko posłuchać wygłaszanych cokolwiek drętwo acz przytomnych monologów, nadających temu dziełku pozory sensu - bo jak się ma coś do powiedzenia, a nie do zagrania, to wydaje się książkę, nie płytę. "Total cleansing" można zatem z czystym sumieniem olać.

Bart


[news] [rpg] [art] [download] [links] [autorzy]

.: Designed by Deimos :.