DAREMNE ZMAGANIA Z NATURALNYM PIĘKNEM NIEWIERNOŚCI
(Slow, Deep & Hard)
Ufaj, a będą ci ufać, mówi łgarz do durnia
Żądza, lecz co po niej gdyś rozdarty?
W miłości i na wojnie nie istnieją kodeksy
Czy wierzysz w wieczność?
Ja nie wierzę nawet w jutro
Jedyne co pozostaje to wspomnienia i smutek
Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal
Oto motto wiarołomnych
Proroctwo kaznodziei o wybaczeniu i zapomnieniu
Przykro mi ale ja tak nie potrafię
Wiem, że pieprzysz się z kimś innym
Byłaś w L'amour w sobotni wieczór
Czerwone paznokcie i szminka, obcisła sukienka
Jego język sięgał twego gardła a ręka zadzierała kieckę
Tak, jestem mężczyzną, ale to wciąż boli
Szmato, kurwo, zdziro
Myślisz tylko o kutasie i czuć ci z spermą z pyska
Zakładasz diafragmę zanim wyjdziesz z domu
Praktykujesz najemną ginekologię
Za frajer otwierasz drogę do swojego łona
Szmato, kurwo, zdziro
Robiłem to raz za razem
Nieświadom, jakiej lekcji mi udzieliłaś
Dawałem aż do bólu, myślałem, że tak trzeba
Tylko głupcy robią błąd dwukrotnie
Teraz siedzisz w domu pijąc do lustra
Pusta flaszka w twojej dłoni
Nawet nie próbuję poukładać sobie tych wszystkich kłamstw
To trudniejsze niż próbować cię zrozumieć
Wiem, że pieprzysz się z kimś innym
ZA PÓŹNO: ZAMARZŁEM
(Bloody Kisses)
Tak więc, przyszłaś powiedzieć, jak bardzo ci przykro
"To się więcej nie powtórzy, wybaczysz mi?"
Czas nie uleczy tych ran
I krwawię... przez ciebie
To wszystko między nami, to był żart?
Wyczerpały się, moja cierpliwość, łzy i nadzieja
Miłość nie zwycięży wszystkiego
I krzyczę... przez ciebie
Za późno na przeprosiny
W cieniu światła czarnego słońca
Lodowy posąg, stoi siny i zdrętwiały
Gdzie są lodowi giganci, których prosiłem o ochronę?
Zamarzam
Mroźny, zimowy wiatr skuwa me serce deszczem i śniegiem
Nie z Północy przybył do tej lodowej siedziby
Lecz z twojego wymiaru, z kriogenicznej otchłani
Zamarzam
Zamarzłem
Za późno
KREW I OGIEŃ
(Bloody Kisses)
Zawsze myślałem, że będziemy razem
I że nasza miłość nie może już być lepsza
Gdy ty nagle odeszłaś
Wciąż nie wiem, co poszło nie tak
Nie wiesz przez co przechodzę
Chcąc tylko by moja miłość rozkwitła w tobie
Koniec nocy z krwi i ognia
Te wszystkie niezwykłe wspomnienia
Upuszczają mi krwi
Wciąż płoną we mnie
Może to był tylko sen
Kiedy myślałem, że to wszystko ma jakieś znaczenie
Nie wiesz przez co przechodzę
Chcąc tylko by moja miłość rozkwitła w tobie
Wieczna miłość
Piekielna żądza
Krwawię, płonę
Pragnę, tęsknię
Widzę twoją twarz w każdym płomieniu
Nie mając odpowiedzi na moje pytania, mogę winić tylko siebie
Ze wszystkich kobiet, które znałem
Żadna nie jest tobą
Wolę już być sam
Koniec nocy z krwi i ognia
WILCZY KSIĘŻYC
(October Rust)
Dwudziesty ósmy dzień
Ona znów będzie krwawić
I na wilczy sposób
Będziemy łagodzić ból
Przeklęta woda
Krwiożerczy nałóg
Te srebrne kule
Ostatnie krwi błogosławienie
To jej miesiąc
Czas gdy żelazo unosi się w powietrzu
Rdzawa esencja
Kobieto, mogę cię teraz obejrzeć?
Wilczy księżycu
Rzuć na mnie swój urok
Nie uroń kropli, najdroższa
Daj mi ucałować twoje przekleństwo
Ty w moich ustach
Zostawisz mi swój smak?
Strzeż się lasu nocą
Strzeż się światła księżyca
Tak więc, pośród szarej mgły
Będziemy pożywiać się znowu
A tego wielkiego dnia
Będę cię czochrać, wciąż tą samą
KOCHAĆ CIĘ DO ŚMIERCI
(October Rust)
Płonie u niej setka świec
Aż słony pot skapuje z jej piersi
Jej biodra poruszają się i czuję co mówią
Przemawiają kołysaniem
Mówią, bestia jest we mnie
Dopadnie cię, dopadnie...
Czarna szminka plami kieliszek czerwonego wina
Jestem twoim sługą, czy mogę przypalić ci papierosa?
Jej usta spokojne, tak czuję co mówią, modlą się
Mówią, bestia jest we mnie
Dopadnie cię, dopadnie...
Błagam by móc ci służyć, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem
Teraz zamknij te oczy i pozwól mi kochać cię do śmierci
Mam udowodnić jak prawdziwe są moje słowa, moje błaganie?
Mówię, bestia jest we mnie
Dopadnie cię, dopadnie...
Pozwól mi cię kochać
Pozwolisz?
Czy jestem?
Czy jestem?
Czy jestem dość dobry
Dla ciebie?
STAŁA GRAWITACYJNA
(Slow, Deep & Hard)
Nieusprawiedliwialna egzystencja
Cóż, nie mam już więcej powodów by żyć
I nie ma już we mnie miłości dla nikogo
Dziś jest noc, której pomaluję miasto na czerwono
Wybiję następną dziurę w chodniku własną głową
Nieusprawiedliwialna egzystencja
Czuję ciężar całego świata na moich plecach
Widziałem przyszłość, wygląda czarno
Muszę to zrobić, bezwarunkowo
Żadnego zabezpieczenia
Nieusprawiedliwialna egzystencja
Grawitacja mnie miażdży
Tak, czuję jak coś spycha mnie w dół
Przyciąga do ziemi
Ze wszystkich wyśnionych koszmarów
Spełniasz się ty, grawitacja
Nieusprawiedliwialna egzystencja
Grawitacja mnie miażdży
Mam problem, problem z nienawiścią
Nie utrzymam dłużej tego ciężaru
Ściska mnie zimna, stalowa łapa
Zatrute myśli wymykają się spod kontroli
Zbudowałem sobie przytulną, małą klatkę
Kraty z gniewu, zasuwa z wściekłości
Nie ma sensu pytać, kto ma klucz?
Cholernie dobrze wiem, że mam go ja
Nie, nie próbuję wzbudzić sympatii
Przywykłem radzić sobie z apatią
Blizny na mych przegubach mogą wydawać się zbrodnią
Ale ty tylko życz mi więcej szczęścia następnym razem
Co z tego, że umierałem po tysiąckroć
Myślisz, żem szalony ale ja mam czyste sumienie
Jeszcze jeden raz nie gra roli, bez wątpienia
Samobójstwo to wyrażenie siebie
KRWAWE POCAŁUNKI
(Bloody Kisses)
Nie tak dawno temu lecz bardzo daleko
Deszczowego, zimowego dnia
Cały ból, który kryła w sobie
Nie mogła znosić go dłużej
Nie wołaj pomocy
Zabiła się
Życie i miłość nie miały ratunku
Zabrała obie do grobu
Dwie dusze zostały rozłączone
Tam gdzie były dwie, została jedna
Rozdzieleni murem ze śmierci
Wkrótce się z tobą połączę
Przez moją krew odnajdę twoją miłość
Miałaś siłę by zakończyć życie
Jeśli ty, to ja też
O nie, proszę, nie odchodź
To jak śmierć w rodzinie
Karmazynowa kałuża tak ciepła i głęboka
Kołysze mnie w nieskończony sen
Twoja dłoń w mojej
Będę dzielny
Zabierz mnie z tej ziemi
Noc bez końca
Oto kres życia
Wśród ciemności czuję twe usta
I smakuję twego krwawego pocałunku
CHRZEŚCIJANKA
(Bloody Kisses)
Krzyż wisi nad jej łożkiem
A jednak popadnie w niełaskę
Bo coś zapłonęło w jej myślach
I między jej udami
Umierający Bóg-człowiek przepełniony bólem
Kiedy znów nawiedzisz to miejsce?
Błagaj by móc mu służyć i zadowalać
Na plecach albo na kolanach
Nie ma odpuszczenia dla jej grzechów
Wybrała karę?
Wolisz cierpieć wiecznie czy wewnętrznie?
Za swe żądze będzie smażyć się w piekle
Tam nieźle przypieką jej duszę
Wszystko przez masowe, ręczne pobudzanie
Zbawienie
Ciało Chrystusa
Potrzeba jej
Ciała Chrystusa
Chciałaby poznać Boga
Och, kochać Boga
Poczuć Boga
W sobie - głęboko w sobie
Jezus Chrystus wygląda jak ja
CZERŃ NUMER 1
(Bloody Kisses)
Ona kocha się w sobie
Lubi ciemność
Na jej mlecznobiałej szyi
Znak Diabła
To Wigilia Wszystkich Świętych
Księżyc w pełni
Będzie psocić lub ucztować
Założę się, że będzie
O północy ma randkę z Nosferatu
Och, kochanie, Lilciu Potworciu
Nic do ciebie nie mam
A kiedy powiedziałem, że jest zła
Tylko się zaśmiała
I rzuciła na mnie czar
Suczy Urok
Tak, chcesz wyjść bo jest deszcz i wicher
Ale nie wyjdziesz bo zapuściłaś korzenie
Zafarbuj je na czarno
Czernią numer 1
Buty ze skóry wilczka i goździkowe papierosy
Erotyczny pogrzeb
Przebrała się za wiedźmę
Jej perfumy pachną jak palone liście
Każdy dzień to Święto Zmarłych
Kochać ciebie to jak kochać trupa
NAWIEDZONY
(October Rust)
Nabrzmiałe słońce topnieje na horyzoncie
I w wodnym zwierciadle, przy którym czekam na nią
Żywy płomień, niemożliwy do zniesienia
Wypala mnie na wskroś, z każdym ugryzieniem, pocałunkiem i liźnięciem
Jestem nawiedzony (przez nią)
Nawiedza mnie we śnie, pełna nieczystych zamiarów
Jestem pewien, że Hadesowi wymknął się demon
Nienawidzę poranka
Z tafli, wirując, unosi się zielona mgła
Czy to cień, czy odbicie?
To widmo, skąpane w promieniach księżyca
Głos, jak wiatr trącający drzewa
Zimny deszcz na rozgrzanym kamieniu
Oblepia mnie woń
Świeżo wykopanego grobu i śmierci i nocy
Te rzeczy są jej esencją
Nocna pani, widmowa kochanko
Twoje usta o smaku wina i dymu
Moja bogini fioletowego zmierzchu
Jesteś ucieleśnieniem żądzy
W pocie mojego łóżka
Wschodnie niebo przypomina o nadchodzącym świcie
Samotny i przebudzony lecz wyczerpany, leżę...
Och, jak ja nienawidzę poranka
ZIELONY CZŁOWIEK
(October Rust)
Wiosna nie nadchodzi, toczy walkę
Szamocze się w okowach stwardniałej ziemi
Wieczorne mgły, oślizgłe i pełzające
Zlewają mnie rosą, pochłaniają
Jestem zielonym człowiekiem
Zielony człowiek
Gleba w rozkwicie, słodkie lato
Rzuca cień zwątpienia na mą twarz
Słońce w południe, jego gryzące barwy
Załamujące się w spokojnej toni jeziora
Jesień w swojej płomiennej sukni
W barwach pomarańczy, brązu, złota opadłych liści
Pani chłodnych nocy
Uwielbiam cię, chylę czoła
Zimowy dech brudnego śniegu
Zamarznięte ścieżki w nieznane
Czy moje usta zaszły już purpurą?
Życie dobiega kresu
Mów do mnie, przyjacielu
Natura zatacza pełny krąg
Jestem zielonym człowiekiem
Zielony człowiek
XERO TOLERANCJI
(Slow, Deep & Hard)
Nienawiść mnie ogarnia
Nienawiść mnie opętuje
Wściekłość mnie spala
Wściekłość zamienia mnie w kogoś mi nieznanego
Wściekłość mną wstrząsa
Wściekłość robi ze mnie kogoś mi nieznanego
Wieczorem cię zabiję
Mam kilof w bagażniku samochodu
Oszlifowałem go żeby był naprawdę ostry
Jakiś wstrętny, zielony potwór zalągł się w mojej głowie
Nie zostawi mnie w spokoju, dopóki ty żyjesz
Dzwoniłem do twojego domu ale gdzieś wyszłaś
Więc pojechałem na plażę w Brighton
Robisz te rzeczy z nowiutkim facetem
Oglądasz gwiazdy, wijesz się na piasku
Zabiję cię
Zabiję cię
Ukarzę
Zabiję
Wziąłem trochę sterydów i adrenaliny
Fińskiej wódki i halucynogenów
Zmieszałem to z krwią, sokiem pomarańczowym
Napojem energetycznym i lodem
Wpatrując się w wasze spocone objęcia
Wkładam moje narzędzie między wasze twarze
No, chłoptasiu, mam nadzieję, że dała ci już rozkosz
Bo ja jestem niszczycielem sposobności
BĄDŹ MOJĄ KAPŁANKĄ
(October Rust)
Bądź moją kapłanką
Bądź dla mnie wszystkim
Bądź moja kapłanką
Bądź moja
Wokół stosu, krąg trzynastu
Poprzez lasy, ekstatyczne krzyki
Patrzę ci głęboko w oczy
Wącham twoje włosy, pieszczę twoje uda
Wkrótce będziemy się kochać w świetle ogniska
Płomień taki wysoki, rozświetla noc
Długie paznokcie wbijają się w moją skórę
Ty, kusisz mnie swoją wilgocią
Nasza żądza wzrasta, wzmaga pragnienie
Kiedy się rozpalamy, tak, płoniemy
Czuję jak drżysz w środku
Och, wykrzycz moje imię i ściśnij mnie mocno
Zrobię wszystko żebyś doszła
WIGILIA WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
(World Coming Down)
Przygasły płomień tli się pomiędzy czarnymi, splecionymi gałęziami
Hołd dla zaświatów
Dym wiruje szybko ku mglistym obłokom
Danina z tej krwi
W płomieniach bezwstydnie
Pochłaniane wśród zawodzeń i krzyków
Dynie krzywią się w rozpaczliwym grymasie
W Wigilię Wszystkich Świętych
Okrutnym jest wiatr gdy dławi me słowa
Które wykrzykuję w deszcz
Inkantacje, które mam nadzieję słyszysz
Byś mogła żyć znowu
Z głębi Ziemi powołany znów do życia
Choć to nie do uwierzenia
Z czeluści - lodowaty żar
W Wigilię Wszystkich Świętych
Oplątana pajęczynami i powleczona szronem
Do twarzy jej ze śmiercią
Jeszcze bardziej oszałamiająca niż za życia
Na łożu z liści Jesieni
W jej oczy, całkiem zadziwione
Wyszeptałem, nie odchodź
Śpiewaj makabryczne pieśni a będziemy tańczyć po świt
W Wigilię Wszystkich Świętych
Święty Lucyferze, usłysz jak modlę się do ciebie
W tą wigilię wszystkich świętych
Cena będzie wysoka ale nie ma nic za darmo
Chętnie zapłacę swoją duszą
Zimną jest noc na tak wiele sposobów
Księżyc krąży, pełny i jasny
Głębokim jest błoto w świeżo wykopanych grobach
Na ciebie rzucam pradawne zaklęcie
Wiem bardzo dobrze, że to się na pewno uda
Wrócę cię stamtąd, dokąd odeszłaś
W Wigilię Wszystkich Świętych
PEŁZAJĄCE ZIELONE ŚWIATŁO
(World Coming Down)
To Halloween,
Tak niepodobne do innych
Jej ostatnie słowa
Nie obawiaj się
Zielonego światła
Wśród błota
Leżę pijany na jej grobie
Tu muszę czekać
Aż się obudzi
Gleba pęka
Leśny grunt zadrży pode mną
I zabierze mnie
W głąb ziemi
Ku zielonemu światłu
Jesienne powietrze
Gęsto zapełnia moje płuca
Tak słodko
Przypomina mi
Jej parujący oddech
Wino
I wiązankę klonowych i dębowych liści
Po śmierci czy za życia
Zawsze będziemy
Czuję jak pogrążam się
W jej mrocznej domenie
Jest księżycowa noc
Późny Październik
Wiruje ciemna mgła
I, jak było przyrzeczone
Moja miłość powstała
Z zielonego światła
KAŻDY KOGO KOCHAM NIE ŻYJE
(World Coming Down)
Trzy albo może cztery lata temu
Śmierć zabrała kogoś, kogo kocham
Kochasz kogoś, to oznacza żal
Pocałunek śmierci, usta złodzieja
Psiakrew
Zakurzona sterta fotografii
Z czasów gdy płakałem ale częściej się śmiałem
Powierz przeszłość niebieskiemu płomieniowi
Cierpkiemu dymowi, tchórzliwemu wstydowi
Ostatnio jestem naprawdę przerażony
Bo narkotyki i alkohol nie pomagają się ukryć
Używane by maskować skrzywdzonego słabeusza
To jak malowanie na brudzie
Każdy kogo kocham nie żyje
Życie to gra, w której nie mogę zwyciężyć
I dobre i złe wreszcie się skończy
Lustra zawsze mówią prawdę
Kocham siebie za to, że cię nienawidzę
wybrał i tłumaczył: Bart (z wyjątkiem "Wigilii Wszystkich Świętych" - Bart & Hammersson)
|
 |
|